Zamknij
REKLAMA

Emocjonalna harówka w różowej spódnicy. Kim powinna się stać współczesna kobieta?

16:27, 16.05.2022 | Magdalena Kędzierska-Zaporowska, Paul Cézanne French - Young Italian Woman at a Table
Skomentuj
REKLAMA

W kontraście do eleganckich garsonek i czarnych szpilek, a więc naszych codziennych masek, mamy jako kobiety w końcu odnaleźć swoje wewnętrzne, autentyczne „ja” – księżniczkę w różowym tiulu lub Czułą Przewodniczkę. Taką prawdę głosi zarówno konserwatywna ewangeliczka Stasi Eldredge, jak i liberalna feministka Natalia de Barbaro. Obie wizje zamiast pomagać, infantylizują. Tymczasem prawdziwy, teologiczny wzór kobiecości, choć nosi koronę, nie potrzebuje księcia.

Zdaniem Natalii de Barbaro kobiety mimo rewolucji seksualnej i cyfrowej, przejścia trzech fal feminizmu i emancypacji wciąż mają pod górkę.

Czym innym bowiem jak nie wprowadzaniem w życie bajki o Kopciuszku są liczne profile influencerek i celebrytek?

W polskim Kościele dorosłe kobiety zachęcane są do tego, by odnalazły i pielęgnowały w sobie małe księżniczki odziane w tiul, pióra i perły.

Maryja to postać dojrzała, samodzielna, która sama wyzwala się ze schematu narzuconego jej przez patriarchalną kulturę.

Esej pochodzi z najnowszego numeru czasopisma idei „Pressje” pt. „Katolickie gender”. Zachęcamy do bezpłatnego pobrania i darmowej lektury!

Perfekcjonistki

„Częściowe porzucenie tradycyjnych ról daje szansę kobietom na awans społeczny poprzez wejście na rynek pracy lub wybranie niegdyś męskich ścieżek kariery” – tak brzmi w przybliżeniu jedno z założeń, które przyjął twórca raportu Klubu Jagiellońskiego pt. Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce, Michał Gulczyński.

Drugim z założeń jest to, że w tym samym czasie mężczyźni nie podjęli rękawicy i zatrzymali się na pewnym etapie społecznego rozwoju, co uniemożliwiło im już nie tylko zachowanie tradycyjnego podziału ról, w którym to oni dominowali, lecz także konkurowanie z kobietami na bardzo wielu polach. Z raportu wynika, że to swoiste „zamrożenie” chłopców na pewnym etapie spowodowane jest między innymi tym, że dużo mniej się od nich wymaga, dlatego nie czują presji, na przykład edukacyjnej.

Towarzyszące publikacji raportu komentarze zdawały się sugerować, że o ile chłopcy i młodzi mężczyźni utonęli w marazmie i beznadziei, bo stali się małomiasteczkowymi incelami, o tyle dziewczyny i młode kobiety wykorzystały wiatr wiejący w żagle i wypłynęły na szerokie wody kariery w wielkim mieście. Dlaczego im się to udało? Czy dlatego że wykorzystały kolejne fale feminizmu? A może dlatego że en masse mają szczególne kompetencje, których nie posiadają mężczyźni i które właśnie jako społeczeństwo odkryliśmy?

Nie jestem ani socjologiem, ani psychologiem, więc nie odpowiem na te pytania. Muszę zatem jedynie przyjąć wyjaśnienie, że dziewczęta osiągnęły swój sukces przede wszystkim dlatego, że więcej od nich wymagano, w edukacji i wszechstronnym rozwoju widziano jedyną szansę na to, by córki nie powieliły życiorysów swych umęczonych życiem matek. Gdy czyta się liczby, które pokazano w raporcie, można nawet stwierdzić, że cel został osiągnięty. Nie pojawiły się w nim jednak żadne szacunki, jakim kosztem dziewczynki wypracowały sobie ten sukces. Osiągnęły awans społeczny, ale czy dzięki temu są szczęśliwe?

Nadzorca

Podobno niemal każda młoda kobieta z wielkiego miasta (a zapewne duża ich część) sięgnęła w ostatnim roku po bestseller, który w jakiejś mierze wyjaśnia powód i okoliczności tego awansu. Mowa o książce Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie. Jej autorka, Natalia de Barbaro, stawia tezę, że kobiety mimo awansu społecznego wcale nie osiągnęły stanu szczęśliwości i nie wyzwoliły się zupełnie z tego, co je blokowało, lecz utkwiły w jakimś stanie „pomiędzy”. Wciąż – jak pisze autorka – stoi nad nimi „nadzorca akwenu”, który samym spojrzeniem uniemożliwia im wypłynięcie na powierzchnię.

Rozumiem tę metaforę tak, że kobiety, co prawda, na jakieś wody wypłynęły, ale i tak nie mogą wybrać sobie kierunku, w którym będą podążać, nie mogą się wynurzyć, kiedy chcą, a już na pewno nie mogą samowolnie opuścić akwenu i wybrać innego. Okazuje się, że te wszystkie wymagania, które doprowadziły dziewczynki do awansu społecznego poprzez wejście na rynek pracy lub wybranie niegdyś męskich ścieżek kariery, nałożyły na nie nowy gorset, który jeszcze bardziej je usztywnił, uniemożliwiły im ruch inny niż ten, którego się od nich w danej chwili oczekuje.

Męczennice

Natalia de Barbaro jednak nie tylko dokonuje diagnozy kondycji kobiecej psychiki, lecz także daje swoim czytelniczkom konkretne wskazówki, co zrobić, by w końcu przestać spełniać wyłącznie wymagania innych i zacząć żyć także dla siebie. Jak twierdzi autorka książki, kobieta musi zaopiekować się wewnętrzną dziewczynką, która mieszka w każdej z nas, i wsłuchać się w głos ukrytej w kobiecym wnętrzu Czułej Przewodniczki, która z delikatnością i szacunkiem kieruje naszym kobiecym życiem.

Czuła Przewodniczka (określenie to, rzecz jasna, inspirowane jest wykładem noblowskim Olgi Tokarczuk) to „Nieznany Nadawca” wewnętrznych treści, który – mówiąc w skrócie – swoją mądrością i podpowiedziami pomoże zintegrować w kobietach wszystko to, co w nich tkwi. Ostatecznie zaś chodzi o to, żeby po prostu nareszcie osiągnąć coś w rodzaju wewnętrznej harmonii i w końcu stać się szczęśliwą. To proste, jak na poppsychologię przystało.

Nie ma jednak powodu, by merytorycznie podważać i diagnozy, i receptę Natalii de Barbaro. Autorka jest dyplomowaną psycholożką, terapeutką, coachem, a więc osobą w dziedzinie ludzkiej psychiki godną zaufania. Jeśli de Barbaro ma rację, to trzeba by wyciągnąć cały zestaw sprawdzonych feministycznych haseł, które na wszelkie argumenty, że mężczyźni mają gorzej, odpowiedzą, że gorzej to mają kobiety, bo może i coś osiągnęły, ale jakim kosztem – utraty osobistego szczęścia, lęków, dezintegracji wewnętrznej, depresji, wypalenia i samotności.

Za wyrwanie się ku lepszemu życiu płacą wysoką cenę, bo weszły w nowe role społeczne, choć nie zostały uwolnione od tych starych. Nieustannie wymaga się od nich – jako określa to de Barbaro – „emocjonalnej harówy”, a więc „niepłatnej, niewidocznej pracy, którą wykonują, żeby ludzie wokół nich byli zadowoleni”. To wciąż na kobiety zrzuca się – pośrednio lub bezpośrednio – winę za niezaopiekowanie się dziećmi, partnerem, ogniskiem domowym, atmosferą w pracy.

Wymaga się od nich perfekcjonizmu w stylu Królowej Śniegu, która będzie bez skazy, uporządkowana i fachowa, a jednocześnie ujmująca, zawsze zadbana i kobieca. Nie ma przecież programów dla perfekcyjnych mężczyzn, w których idealny prezenter palcem wskazywałby na wypełniony odpadkami kubeł i radził potulnemu uczestnikowi, by wyniósł śmieci i zaczął w końcu naprawdę żyć (podobne rady w prawdziwym programie przeznaczonym dla pań domu odnosiły się do sprzątania toalety).

Kobiety mają być potulne i realizować z góry założony dla nich plan. Ostatecznie to wszystko – zdaniem de Barbaro – prowadzi je do poczucia, że stały się męczennicami za życia, zmuszanymi do poświęcania się dla dzieci, rodziny, związku, firmy, organizacji, społeczeństwa. W skrócie – kobiety mimo rewolucji seksualnej i cyfrowej, przejścia trzech fal feminizmu i emancypacji wciąż mają pod górkę. Zupełnie jak ich matki. Miało być lepiej, a jest, jak było… Taki krąg życia, drogie panie.

Czy Kościół może uszczęśliwić kobiety?

Trzeba w tym miejscu postawić fundamentalne pytanie: co zatem mogłoby w końcu uszczęśliwić współczesne kobiety? Co obniżyłoby koszty ich awansu? Czy muszą – jak chce de Barbaro – uszczęśliwić się same poprzez odnalezienie „drogi do siebie”, czy też istnieje coś lub ktoś, co/kto może zapewnić im szczęście? Czy czułość odnajdą wyłącznie we własnym wnętrzu, czy też mogą liczyć na to, że okaże ją im drugi człowiek? Czy kobiety skazane są na samodzielne zaspokajanie wszystkich swoich potrzeb, nie tylko egzystencjalnych, lecz także emocjonalnych, a nawet duchowych?

Odpowiedź na te pytania wydaje mi się niezwykle istotna, bo może jednocześnie stanowić wyjaśnienie zarówno przyczyn zjawisk opisywanych we wspomnianym raporcie Klubu Jagiellońskiego, jak i masowego odchodzenia młodych kobiet od Kościoła. Kościół bowiem udziela jednoznacznej odpowiedzi, że źródłem szczęścia człowieka jest Bóg i życie zgodne z Jego wolą. Czy potrafimy z tą wynikającą z wiary odpowiedzią wyjść naprzeciw diagnozie, którą stawia de Barbaro, i zaproponować jakiekolwiek dobre i akceptowalne dla kobiet rozwiązanie? Czy jako Kościół jesteśmy w stanie przekonać je, że czułości nie muszą szukać wyłącznie we własnym wnętrzu? Czy mamy im do zaoferowania jakiś model funkcjonowania, lepszy niż ten, który dziś podobno tak bardzo je unieszczęśliwia?

Żeby odpowiedzieć na te pytania, trzeba by spojrzeć na to, jaka oferta formacyjna i duszpasterska proponowana jest dziś młodym kobietom, a przede wszystkim, jaka wizja kobiecości jest przez Kościół promowana. Myślę, że wiele osób wciąż sądzi, że ideałem „kobiety katolickiej” jest matka co najmniej pięciorga dzieci, w długiej spódnicy i z przetłuszczonymi włosami. Ten „wzorzec”, bardzo kojarzący się z latami 80. i oazami, jest już jednak w dużej mierze nieaktualny.

Ewangelicy mówią, jak jest?

Mniej więcej 20 lat temu w Polsce poppsychologicznymi bestsellerami (przynajmniej w kręgach katolickich, które wtedy jeszcze były dosyć szerokie) stały się książki amerykańskiego małżeństwa Johna i Stasi Eldredge’ów. Charakterystyczny dla tego czasu był zachwyt licznych duszpasterzy i świeckich liderów tym, co przychodziło ze świata protestanckiego, więc nic dziwi fakt, że kościelne nauczanie zarówno o męskości, jak i kobiecości w Polsce oparło się o dwa popularne poradniki autorstwa pary ewangelikalnych terapeutów i mówców (te dwie profesje w Stanach często idą ze sobą w parze).

Uwaga o denominacji autorów jest konieczna, bo pozwala lepiej zrozumieć, w czym tkwi różnica między dotychczasowym spojrzeniem katolickim a tym, co chcą przekazać zarówno mężczyznom w książce Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy, jak i kobietom w drugiej jej części – Urzekająca. Odkrywanie tajemnic kobiecej duszy. Analiza pierwszej z książek byłaby bardzo ciekawa ze względu na rozważania o obowiązującym od niemal dwóch dekad nauczaniu na temat męskości, ale skupię się na tej drugiej, żeby móc zestawić wizję Urzekającej z Czułą przewodniczką.

Czy na diagnozę stawianą przez Natalię de Barbaro odpowiedzią może być to, co proponuje dziś Kościół, czy też rozjechaliśmy się już w naszym „kościelnym” i świeckim patrzeniu na problemy i oczekiwania współczesnych kobiet tak bardzo, że nie mamy już dla nich żadnej propozycji odpowiadającej ich potrzebom? Czy istnieje jakiś punkt, w którym możemy się spotkać?

Feministka i ewangeliczka

Tym, co łączy Natalię de Barbaro i Stasi Eldredge, jest podobne postrzeganie źródła kobiecego nieszczęścia. Kobiety bowiem z różnych względów nie mogą żyć tak, jak naprawdę by chciały, i muszą mierzyć się z szeregiem coraz to nowych wymagań, którym niełatwo sprostać. Trzeba jednak od razu wspomnieć o oczywistej nierównowadze merytorycznej tych dwóch koncepcji.

Autorka Czułej przewodniczki jest psychologiem, coachem i terapeutką pracującą z polskimi kobietami w trzeciej dekadzie XXI wieku. Stasi Eldredge studia socjologiczne ukończyła w latach 90. Od tego czasu zajmuje się pisaniem książek i nauczaniem, opiera się na Piśmie Świętym i własnym doświadczeniu. Natalia de Barbaro, co prawda, odwołuje się do szeroko rozumianej popkultury i filozofii, a także różnych systemów wierzeń, własnych snów i przedziwnych teorii, ale mimo to sporo jest w jej książce nawiązań do badań psychologicznych.

Mimo tych różnic zarówno Stasi Eldredge, jak i Natalia de Barbaro podsuwają czytelniczkom myśl, że skrywają w sobie małą dziewczynkę, która zamknięta w gorsecie powinności czuje się osamotniona i nieszczęśliwa. Eldredge proponuje jednak, by kobiety odnalazły w sobie nie kogoś, kto tę dziewczynkę poprowadzi – jak u de Barbaro – lecz by skupiły się na zaspokajaniu potrzeb „prawdziwego kobiecego serca” tej ukrytej dziewczynki.

Zdaniem autorki Urzekającej receptą na szczęście współczesnych kobiet jest zaspokojenie trzech pragnień: przeżycia romansu, odegrania niezastąpionej roli w wielkiej przygodzie oraz stania się Piękną w czyjejś historii. Jest to wizja komplementarna wobec przedstawianych przez Eldredge’ów pragnień męskiego serca, które powinno stoczyć bitwę, przeżyć przygodę i uratować Piękną.

W tej koncepcji chodzi zatem o to, żeby kobieta weszła w męską opowieść, co umożliwi spełnienie pragnień jego serca. Inaczej mówiąc, mężczyzna musi mieć kogoś, o kogo stoczy bitwę i kogo uratuje. Znamienne jest to, że kobieta ma jedynie odegrać jakąś rolę w przygodzie, którą ktoś inny (w domyśle mężczyzna) przeżywa, i stać się elementem jego historii, a nie główną bohaterką własnej opowieści. Wszystkie te trzy pragnienia zapewne odnoszą się do dziecięcych marzeń dziewczynek o byciu księżniczką, która w wyniku jakiejś niesamowitej awantury zostanie uratowana przez księcia, ten zaś od tej pory już na zawsze będzie okazywać jej podziw jako najpiękniejszej. I będą żyli długo i szczęśliwie, rzecz jasna.

Można by się śmiać z naiwności tej wizji, wydaje się, że naprawdę odpowiada ona pragnieniom wielu kobiet. Raczej nie chcą być – jak opisuje to obrazowo de Barbaro – tylko Potulnymi, Królowymi Śniegu i Męczennicami. Zapewne pragną, by historia ich życia miała happy end. By ich dziewczyńskie marzenia, powielane w szeregu tworów popkultury, takich jak komedie romantyczne czy harlequiny, w końcu się spełniły. Paradoksalnie to właśnie popkultura, która tak ochoczo korzysta ze sprawdzonych bajkowych wzorców, stanowi swoisty dowód na to, że intuicja Stasi Eldredge może być słuszna. Przemysł rozrywki kreuje marzenia, ale też odpowiada na te, które już w człowieku się kryją.

Infantylizacja

Poszukiwanie ukrytej w sobie dziewczynki jest praktykowanym ćwiczeniem psychoterapeutycznym. Tym sprawdzonym tropem idzie więc zarówno psychoterapeutka Natalia de Barbaro, jak i inspirująca się tekstami biblijnymi Stasi Eldredge. Fakt, że w centrum obu tak różnych koncepcji znajduje się odwołanie do wewnętrznej dziewczynki, być może jakoś tłumaczy to, skąd bierze się coraz większa infantylizacja przekazu kierowanego do kobiet w różnych dziedzinach życia.

Skoro bowiem mamy dotrzeć do dziewczynki, to mówimy do niej jak do dziecka… Nie wiem, czy psychoterapeuci zachęcają mężczyzn, by odnajdowali w sobie kilkulatka. Na pewno jednak w poppsychologicznym nauczaniu okołokościelnym bardzo istotna jest kwestia męskiej inicjacji. Wydaje mi się to bardzo ważne, że w wypadku mężczyzn podkreśla się moment wejścia w dojrzałość, podczas gdy kobiety cofane są do momentu dziecięcej naiwności i bezradności.

Świadomie lub nieświadomie ten mechanizm eksploatują różni kaznodzieje i katoliccy „eksperci”. Jednym z nich jest Jacek Pulikowski, który podkreśla, że kobieta jako istota naiwna, niezdolna do planowania i skłonna do wiary w zabobony wymaga opieki dojrzałego, rozsądnego i przewidującego mężczyzny. Natalia de Barbaro mogłaby chyba takiego „opiekuna” nazwać nadzorcą akwenu.

Paradoksalnie osoby o biegunowo różnych poglądach na relacje międzyludzkie i ludzką psychikę odnoszą się do tego samego mechanizmu – Natalia de Barbaro zdaje się jednak widzieć w tym „upupieniu” powód kobiecego nieszczęścia, a Jacek Pulikowski chyba wręcz przeciwnie. W kościelnym światku to ten drugi uważany jest nierzadko za niekwestionowany autorytet w dziedzinie związków.

Potężna władczyni

Jeśliby jednak spojrzeć na tę sprawę z teologicznego punktu widzenia, to nasuwa się szereg wątpliwości, czy aby na pewno jako kobiety powinnyśmy się poddawać tej infantylizacji. W teologii katolickiej wzorcową figurę dziewczynki stanowi Maryja, a więc postać zupełnie nieinfantylna w swym zachowaniu. Mimo tej oczywistej rozbieżności polski Kościół powszechnie przyjął tę infantylizującą perspektywę patrzenia na kobietę, i to zresztą dosyć niedawno.

Maryja, owszem, w historii nieraz była przedstawiana w koronie, ale zazwyczaj jako nobliwa, potężna, mądra władczyni. Nie przybywał po nią żaden rycerz na białym koniu, by mogła przeżyć romans i niezwykłą przygodę, po czym odnaleźć się w roli pięknej i podziwianej. Maryja to postać dojrzała, samodzielna, która sama wyzwala się ze schematu narzuconego jej przez patriarchalną kulturę.

Udało jej się to nie dlatego, że jak Kopciuszek odnalazła swojego księcia, lecz dlatego że podjęła świadomą decyzję opartą o zaufanie do Boga, który powierzył jej konkretne zadanie. Bóg nie podkreślił w niej jej dziewczęcej naiwności, lecz zachęcał, by stała się w pełni odpowiedzialna za swoje życie, samodzielnie rozeznała Jego wolę i ją zrealizowała. W przeciwieństwie do koncepcji Natalii de Barbaro Maryja nie eksploatowała wyłącznie własnych zasobów. Nie dialogowała ze sobą i nie odkrywała mądrości w sobie, lecz otwarła się na łaskę i świadomie z niej korzystała. Warto zaznaczyć, że jest to wzorzec uniwersalny – nie tyko kobiecości czy męskości, lecz człowieczeństwa.

Nie chciałabym stawiać tez z dziedziny socjologii religii, bo to wymagałoby badań, jednak intuicja podpowiada mi, że powodem tego zupełnie nowego, chyba zgoła niekatolickiego, cukierkowego i infantylizującego spojrzenia na kobiecość, jest zarówno marzenie, które wykreowała popkultura, jak zwyczajne lenistwo duszpasterskie – zawsze łatwiej „sprzedać” to, co jest ładne, dobrze się kojarzy i można atrakcyjnie opakować.

A bajkę o tym, że każda kobieta jest księżniczką, można opakować bardzo wytwornie (i jeszcze na tym zarobić, zachęcając chociażby do zakupu odpowiednich gadżetów). Ze sceną zwiastowania i jej głębokim teologicznie znaczeniem trzeba by się trochę intelektualnie natrudzić. Poza tym kobiety, które w pełni przyjęłyby postawę Maryi, mogłyby po prostu zacząć chcieć samodzielnie rozeznawać Boże plany i na ta plany Bogu odpowiadać bez niczyjego pośrednictwa (zarówno męskiego, jak i kobiecego).

De Barbaro > Eldredge?

Maryi zdecydowanie bliżej, jakkolwiek dziwacznie i paradoksalnie to brzmi, do Potulnej Męczennicy, a nawet do idealnej i niewzruszonej Królowej Śniegu, o których pisze de Barbaro, niż do przeżywającej romanse i awantury Pięknej stworzonej przez Eldredge’ów. Tym bardziej, że ich opowieść o pragnieniach kobiecego serca przyozdobiono szeregiem miniopowieści uzupełniających i równie niespójnych z katolicką teologią.

W polskim Kościele mamy dziś co najmniej kilka projektów formacyjnych, które wprost odnoszą się do bycia „córką Króla” i stają w opozycji do mężczyzny, który ma być królewskim synem, rycerzem lub wojownikiem (i jak tu nie wierzyć złośliwościom, że Kościół to średniowiecze?!). Cały ten przekaz opakowany jest w róż, złoto i blichtr, które dają kobietom wyraźny znak, że jeśli tylko chcą, to za sprawą kilku prostych życiowych deklaracji mogą wyrwać się z przeciętności i szarzyzny swojego ziemskiego życia oraz podążyć ku prawdziwej wyjątkowości.

Rzadko pojawiają się sugestie, że chrześcijaństwo to opowieść o poświęceniu i krzyżu, o tym, że „wszystko, co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40), a jeśli już się pojawią, to dotyczą przeważnie uczestnictwa w kampaniach prolife lub obrony chrześcijańskich wartości. Dorosłe kobiety zachęcane są raczej do tego, by odnalazły i pielęgnowały w sobie małe księżniczki odziane w tiul, pióra i perły. I to dosłownie, bo tiulowa spódnica, kolczyki z różowych piórek czy inne pobożne, „kobiece” gadżety stanowią ważne elementy oprawy takich projektów. Być może dla kobiet wychowanych w szarości lat 80. i biedzie początku lat 90. wizja samej siebie w wymarzonej sukni z tiulu jest atrakcyjna. Tylko czy naprawdę miałyśmy wtedy takie marzenia? Czy nie marzyłyśmy przypadkiem o rowerze BMX lub walkmanie?

Mam wrażenie, że bardziej projektujemy na te wewnętrzne dziewczynki marzenia naszych własnych córek. A z historii ludzkości wynika, że marzenia te wykreowane zostały nie przez ich naturalne potrzeby, lecz przez popkulturę i producentów zabawek. O ile jeszcze 30 lat temu dziewczynki i chłopcy zgodnie bawili się jednym zestawem lego, o tyle dziś dla każdej płci przewidziane są zupełnie inne systemy klocków. Oczywiście te przeznaczone dla dziewczynek są różowe i bardzo często przedstawiają świat znany z bajek Disneya o księżniczkach.

Dziewczynki zaś jeszcze 30 lat temu były szczęśliwe, gdy bawiły się szarym zamkiem, w którym główną atrakcją był na przykład spuszczany na sznurkach most zwodzony. Jeszcze wtedy nie wiedziały, że ich ulubionym kolorem jest różowy. I nie miały pojęcia, że bawiąc się samochodzikami kuzyna i wkładając niebieskie spodnie po starszym bracie, stają się ofiarami podstępnej ideologii.

Poppapka na słono i słodko

Wyjdźmy jednak z kościelnej bańki i spójrzmy, co wewnętrznej dziewczynce proponuje Natalia de Barbaro. Z pewnością można stwierdzić, że podchodzi ona do kobiecych pragnień zupełnie inaczej. Nie próbuje zaspokoić estetycznych potrzeb kobiet, lecz zachęca je raczej do wewnętrznego dialogu. W przeciwieństwie do Urzekającej zdaje się odnosić do siły samych kobiet, a nie do instancji wyższej, która nadaje im szczególną, królewską godność.

Bardzo różni się też od tego, co powszechnie proponuje się kobietom, bo nie tylko kobieca oferta religijna tonie w złocie i błyskotkach. Czym innym bowiem jak nie wprowadzaniem w życie bajki o Kopciuszku są liczne profile influencerek i celebrytek? Wszystkie te panie zdają się realizować swoje niespełnione marzenie o byciu królewną i podsycają je w swoich obserwatorkach. Nie wspomnę nawet o kolejnych uczestniczkach rozlicznych talent show czy metamorfoz w programach dla kobiet, które dopiero po włożeniu połyskującej sukienki, obcasów lub zrobieniu nowej fryzury i makijażu ze wzruszeniem wyznają, że po wielu latach odkryły w sobie kobiecość.

Natalia de Barbaro nie idzie tą drogą. Zamiast nowej stylizacji i zmiany fryzury oferuje kobietom poczucie, że wraz z nimi przechodzi nad sobą swoistą pracę intelektualną. Przekonuje je, że same sobie pomagają, gdy podążają za tokiem jej różnych myśli, snów i skojarzeń, które prowadzić mają do odkrycia w sobie wszelkiej mądrości niezbędnej do zaprowadzenia w życiu pożądanych zmiana. Rodzi się we mnie pytanie, co można znaleźć w sobie, jeśli to, co się do tego siebie włożyło, jest tak chaotyczne jak narracja Czułej przewodniczki.

Chcąc być sprawiedliwym, trzeba dodać, że kobiety skupione wokół różnych projektów formacyjnych w Kościele poza spełnianiem marzenia o tiulowej sukience również korzystają z szeregu rekolekcji, kursów, warsztatów, sesji coachingowych lub webinarów, oczywiście wprost odnoszących się do tez głoszonych między innymi przez Eldredge’ów, ale też do popularnych koncepcji psychologicznych i teologii.

Może się to wydawać zaskakujące, ale tego typu eklektyczne treści w katolickiej bańce cieszą się dużo większym zainteresowaniem niż poważne opinie postępowych katoliczek dążących do emancypacji, poruszających ważkie tematy biblijne, teologiczne, dotyczące roli kobiet w Kościele i społeczeństwie albo Kościoła w życiu społecznym. W tym sensie odbiorczynie Urzekającej i Czułej przewodniczki są takie same, dlatego że mają podobne doświadczenia, ale też dlatego, że dostają w gruncie rzeczy to samo, tylko inaczej opakowane – poppsychologiczną papkę w wersji na słono lub na słodko.

***

Oczywiście ani Urzekająca, ani tym bardziej Czuła przewodniczka nie mówią nam nic o życiu i światopoglądzie konkretnych kobiet. W literaturze prosta opowieść o życiu konkretnego człowieka czasem sygnalizuje coś na temat zbiorowości, której ten człowiek jest częścią. Nawet wielowymiarowa opowieść o zbiorowości zazwyczaj nie mówi nam nic o życiu konkretnej osoby. To, że tak różne w wymowie koncepcje poszukiwania kobiecego szczęścia odwołują się do jednego wspólnego paradygmatu zaopiekowania się małą dziewczynką, która żyje w kobiecym wnętrzu, może jednak sugerować, że ta intuicja jest w jakiejś mierze słuszna.

A co jeśli naprawdę musimy stać się jak dzieci, by móc osiągnąć szczęście? To przecież bliskie myśleniu chrześcijańskiemu. Jako matce dwóch córek nie daje mi to spokoju. Skoro tak może być, to na jakie kobiety mam je wychować, by w dorosłym życiu ich wewnętrzna dziewczynka, która będzie w nich tkwić, nie poczuła się oszukana? By nie musiały kupować kolejnych samopomocowych poradników dla nieszczęśliwych kobiet, które nie potrafią poradzić sobie z wymaganiami stawianymi im przez świat (i być może przez ich własną matkę)? Co zrobić, by nie miały potrzeby przebierania się w różowe falbanki, żeby mogły poczuć się wartościowymi „córkami Króla”? Żeby poza awansem społecznym osiągnęły także zwyczajne szczęście? Życiowe doświadczenie podpowiada mi, że najbliżej prawdy o kobiecie jest to, co proponuje nam Ewangelia w opisie Zwiastowania. Stać się jak dziecko to w końcu coś zupełnie innego niż stać się dziecinnym.

O Autorze:

Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Redaktorka współpracująca z kilkoma polskimi wydawnictwami. Niepraktykująca nauczycielka języka polskiego i glottodydaktyk. Mama dwóch córek.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Link.

[ZT]20124[/ZT]

[ZT]20121[/ZT]

[ZT]20111[/ZT]

 

(Magdalena Kędzierska-Zaporowska, Paul Cézanne French - Young Italian Woman at a Table)

Internautka

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%