Internet nie jest przestrzenią wolności. Jest doskonale zaprojektowanym środowiskiem hodowlanym. Użytkownik nie siedzi w celi - on w niej mieszka. Urządza ją zdjęciami z przeszłości, cytatami o autentyczności i wspomnieniami „lepszych czasów”. Co jakiś czas algorytm uchyla drzwi, pokazując migawkę sprzed lat, by upewnić się, że więzień wciąż czuje się u siebie. To przy okazji ostatniego challenge powrotu do 2016 roku i wspominania jak wówczas zachowywaliśmy się w Internecie.
Największym oszustwem tego systemu nie jest inwigilacja, lecz autentyczna praca, którą wielu z nas realizuje za darmo z entuzjazmem. Miliony ludzi codziennie produkują treści, emocje i konflikty, nie pytając, kto na tym zarabia. W zamian dostają cyfrowe sygnały uznania – lajki, reakcje, zasięgi – czyli nowoczesną walutę posłuszeństwa. Pracują, bo „chcą”. Publikują, bo „muszą być sobą”. A system skrupulatnie liczy każdy ich cyfrowy oddech.
Najbardziej żenujący moment pojawia się wtedy, gdy użytkownicy odkrywają prawdę – i nic z nią nie robią. Rozpoznają mechanizm, nazywają go, ironizują, po czym wracają do karmienia go kolejnymi postami. Krytyka staje się formatem, bunt – kolejną kategorią treści, a świadomość – luksusowym dodatkiem, który nie zmienia absolutnie nic.
Szczególne miejsce w tej farsie zajmuje nostalgia. Cyfrowe wspomnienia dawnych lat nie są niewinne. To dowód ciągłości zniewolenia. „Byliśmy tu dekadę temu” – mówią użytkownicy z czułością. Tak, byliście. I nadal jesteście. System przypomina o tym regularnie, bo nic nie wiąże skuteczniej niż własna przeszłość, zamknięta w cudzym serwerze.
Kapitalizm cyfrowy nie potrzebuje już przyszłości. Przyszłość oznaczałaby zmianę. Wystarczy mu wieczna teraźniejszość, nieustannie odświeżana wspomnieniami, rocznicami i wyzwaniami. Człowiek zanurzony w takim świecie nie pyta „dokąd idziemy”, lecz „jak dobrze było wtedy”.
To nie jest system, który trzeba obalać – to system, który działa dokładnie tak, jak powinien. Prawdziwym problemem jest to, że jego ofiary nie chcą być wolne. Chcą być widoczne. A różnica między wolnością a widocznością jeszcze nigdy nie była tak opłacalna.
[ZT]40045[/ZT]
Nie trzeba tu żadnych teorii spiskowych. Mechanizm jest opisany wprost i publicznie: cyfrowe platformy żyją z tego, co robisz, kiedy „tylko przeglądasz”. To nie metafora. To model akumulacji.
Shoshana Zuboff nazywa to „kapitalizmem inwigilacji” i stawia tezę, że kluczowym odkryciem był tzw. behavioral surplus – nadwyżka behawioralna: dane „ponad to, co potrzebne do działania usługi”, przerabiane na produkty predykcyjne i sprzedawane na rynku wpływu. Innymi słowy: nie jesteś klientem; klientem jest ten, kto kupuje możliwość przewidywania i kształtowania twoich zachowań.
Dlatego platformy nie są neutralnymi „mediami” – są fabrykami bodźców. Ich sens ekonomiczny polega na tym, żebyś został dłużej, kliknął więcej, wrócił częściej. A jeśli da się zbudować nawyk, to tym lepiej. Jeśli da się zbudować zależność, to jeszcze lepiej.
I tu wchodzimy w drugi poziom tej konstrukcji: neuropsychologiczny. Kiedy ktoś mówi „lajki to narkotyk”, łatwo to zbyć jako publicystyczny skrót. Tyle że badania nad społeczną informacją zwrotną w mediach społecznościowych pokazują, że „pozytywna aprobata” (w tym lajki) wiąże się z aktywacją obszarów mózgu związanych z przetwarzaniem nagrody. W klasycznym badaniu fMRI Shermana i współautorów (symulacja Instagrama u nastolatków) liczba polubień wpływała na zachowanie i reakcje neuronalne. Co istotne, nowsze przeglądy systematyczne literatury wskazują, że nie jest to pojedyncza ciekawostka, lecz powtarzalny kierunek wyników: społeczna aprobata online angażuje sieci związane z nagrodą i oceną społeczną, choć obraz jest złożony i nie sprowadza się do jednego „ośrodka lajka”.
To ma znaczenie filozoficzne, bo obnaża jedną rzecz: platformy nie „odbierają” wolności. One ją rozbrajają od środka, pracując na najbardziej pierwotnych mechanizmach uczenia i nagrody. Nie każą ci siedzieć. Sprawiają, że siedzenie zaczyna być naturalne.
A potem dochodzi jeszcze warstwa trzecia: pamięć. Nostalgia nie jest tylko prywatnym uczuciem. Nostalgia jest narzędziem retencji użytkownika.
Nie jest przypadkiem, że największe platformy od lat rozwijają funkcje „wspomnień”, „przypomnień”, rocznic, podsumowań roku. To są produkty projektowane i testowane, nie przypadkowy dodatek. Facebook opisywał wprost, że budował „On This Day” i inne mechanizmy po wcześniejszych eksperymentach z produktami „look back” i reminiscencją, bo ludzie angażują się w treści związane z przeszłością. Równolegle dziennikarze technologiczni pokazywali, jak mocno ten „fabryczny dział pamięci” jest nastawiony na pogłębianie emocjonalnego związku z platformą - i jak trudny jest problem „bolesnych wspomnień”, kiedy algorytm przypomina coś, czego człowiek nie chce pamiętać.
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że nostalgia to paliwo systemu, niech spojrzy na badania: analiza rozmów na Facebooku wskazywała, że nostalgiczne wątki są często mieszanką emocji, z przewagą tonu pozytywnego i „słodko-gorzkiego” charakteru nostalgii. To emocjonalne złoto: dość ciepłe, by angażować; dość ambiwalentne, by nie nudzić.
W tym miejscu wraca najbardziej brutalny paradoks: człowiek nie tylko daje się wciągnąć – on jeszcze zaczyna traktować własne wciągnięcie jako dowód sensu. „Pamiętasz 2016?” Pamiętam. I co z tego wynika? Że byłem tu wtedy i jestem tu teraz. System nie potrzebuje obozów.
W cyfrowej wersji pamięć jest funkcją produktu: ma podnieść czas spędzony w aplikacji i liczbę interakcji. Nie jest przypadkiem, że jedną z najważniejszych walut tego świata jest „zaangażowanie” – to właśnie „zaangażowanie” jest nazwą grzeczną dla eksploatacji uwagi.
I tu spotykamy się z krytyką projektowania „pod uwagę”, którą od lat formułują ludzie z wnętrza branży. Tristan Harris i ruch „Time Well Spent” zwracali uwagę, że wiele elementów nowoczesnych aplikacji jest celowo projektowanych tak, by przejmować i utrzymywać uwagę (powiadomienia, nieskończony scroll, mechanizmy nagrody społecznej), bo model biznesowy premiuje czas i interakcje.
Najbardziej kompromitujące nie jest to, że system jest sprytny. Najbardziej kompromitujące jest to, że my już to wiemy. I nic z tym nie robimy.
[ZT]49213[/ZT]
BMW dachowało pod Kruszwicą. Wypadek na trasie Papros–B
BMW...
Turysta
14:31, 2026-02-06
BMW dachowało pod Kruszwicą. Wypadek na trasie Papros–B
Na tym odcinku droga do konkretnego remontu,tam są takie pobocza żeby mijać się z kimśto masakra, a jak ktoś nie zna drogi to współczucie,stan drogi szkoda gadać,droga do paprosa od strony opierania zrobiona od bronislawia do naszego powiatu wyremontowana a ten odcinek czas majwyzszy
Abc
14:02, 2026-02-06
Historia jednego zdjęcia: Kruszwica w 1939 roku
A co to za dziwny wieloboczny budynek w pobliżu wieży ciśnień? Może ktoś wie.
ciekawski
13:30, 2026-02-06
Historia jednego zdjęcia: Kruszwica w 1939 roku
1939... I już kombinowanie z przerabianiem zdjęć? Zastanawiające. Cień Mysiej i Wieży Ciśnień po tej stronie mostu?
Cogito
11:03, 2026-02-06
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu mojakruszwica.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz